Rozdział piąty, w którym jedni zostaną zgaszeni, a inni się zapalą
6 października 2009 r. Ten moment tuż przed naciśnięciem migawki, kiedy wstrzymywał oddech, a czas trochę zwalniał, bo w końcu w obiektywnie pojawiał się idealny kadr, Oskar lubił najbardziej. Oczywiście zdawał sobie sprawę ze swoich niedoskonałości, zarówno technicznych jak i sprzętowych. Cykał foty zwykłą małpką, bo jego ostatni, drogi aparat stracił życie w odmętach Łyny, kiedy Oskar niepomny, że pod stopami kończy mu się brzeg, wlazł do rzeki, próbując zrobić zdjęcie odlatującego łabędzia. Nie dość, że zmoczył buty, to rozwścieczył też ptaka, który w geście oburzenia syknął i cały się nastroszył, podnosząc gniewnie skrzydła tak, że Oskar do dzisiaj miał gęsią skórkę jak o tym myślał. I może Okoye nie był jakoś bardzo strachliwy i miłość do fotografii nie raz i nie dwa zaprowadziła go w jeszcze gorsze sytuacje, ale wtedy po prostu scykał i upuścił aparat wprost do rzeki. Niestety nie dało się go już odratować, bo po dokładnym wysuszeniu wciąż nie działał, a pan ...